The Last Jedi

The Last Jedi

05/05/2018 0 przez rebell

“To nie rozegra się tak, jak myślisz”, ostrzegał Luke Skywalker w zwiastunie “Ostatniego Jedi” i dla wielu fanów brzmiało to jak obietnica poprawy. Koronny zarzut pod adresem “Przebudzenia Mocy” mówił przecież, że otwierający “nową trylogię” film J.J. Abramsa nieco zbyt wiernie – i zbyt bezpiecznie – powtarzał fabularny schemat “Nowej nadziei”. Ktoś powie jednak, że owo powtórzenie było jak najbardziej w duchu mitologiczno-baśniowego oryginału, wysnutego z teorii Josepha Campbella o uniwersalnych schematach opowieści. Ktoś powie, że miało ono wymiar dramatycznej ironii, zgodnie z którą historia Skywalkerów powtarza się niczym fatum rodem z greckiej tragedii. Ktoś powie natomiast, że trzecia Gwiazda Śmierci – nawet jeśli przemianowana na “Starkiller Base” – to jednak o Gwiazdę Śmierci za dużo. Co gorsza, wspomniany zwiastun “Ostatniego Jedi” zapowiadał również trening młodej Jedi pod okiem starego mistrza, maszyny kroczące na białych równinach i tonalny skręt w stronę mroku, sugerując kolejną powtórkę z rozrywki – czyli kontratak “Imperium kontratakuje”. A jednak Luke nie kłamał. Jeśli macie jakieś bad feelings about this – niepotrzebnie.

 

[unitegallery 001]

 

Problem z n-tymi częściami serii (a może z całą współczesną, serialowo zakręconą kulturą popularną) jest taki, że opowiadanie historii – bardziej niż kiedykolwiek – staje się grą z oczekiwaniami. Taka zabawa leży oczywiście u podstaw kina gatunkowego, opartego na – raz powtarzanych, raz kontestowanych – schematach. Ale w czasach, gdy łatwość dostępu do medialnych dóbr rośnie wprost proporcjonalnie do poziomu nostalgii, sprawa zaczyna niebezpiecznie przypominać taniec z szablami (czy w tym wypadku: z mieczami świetlnymi). Reżyser i scenarzysta Rian Johnson mieszał już jednak film noir z licealnym indie (“Brick”) albo podróże w czasie z kinem gangsterskim (“Looper”), czemu nie miałby namieszać w świecie “Gwiezdnych wojen”?

 

Usunięte sceny:

Żeby nie było: jakiś kinoman-pedant z pewnością zwróci uwagę, że kilka inscenizacyjnych decyzji nie do końca gra, że środek filmu ciut za bardzo się dłuży, że to, że tamto. Znajdą się też i tacy, którym nie spodoba się dużo kobiecych twarzy za sterami X-Wingów albo nowa bohaterka, Rose (Kelly Marie Tran), wprowadzająca nie tylko perspektywę “zza kulis” wielkiej międzygalaktycznej gry, ale i perspektywę nie-białego nie-faceta. Tyle, że to przecież żadna wada – wręcz przeciwnie. Finałowe 40 minut “Ostatniego Jedi” ma zresztą taką siłę, że automatycznie niweluje wszelkie zgromadzone po drodze wątpliwości. Cała ostatnia prosta wgniata w fotel, ale jest tam jeden taki kawałek, o którym myślę sobie, że to chyba najintensywniejszy moment, jaki przeżyłem w tym roku na sali kinowej. Który działa niemalże (podkreślam: niemalże!) tak mocno, jak pamiętna rewelacja z “Imperium kontratakuje”. Jeśli 37 lat i 6 filmów później dostajemy w filmie z serii “Gwiezdne wojny” scenę o ciężarze porównywalnym z “jestem twoim ojcem”, to chyba nie mamy na co narzekać. Jakie były szanse, że się uda? Mniejsza o szanse, pamiętajmy przecież, co mówił Han Solo: “never tell me the odds”.

Jakub Popielecki

 

The last Jedi

[flowplayer src=”https://openload.co/stream/_fBIrTgIyFM~1525928715~217.171.0.0~4lpHAWGw?mime=true”]